 Festiwal Tauron Nowa MuzykaKatowice, 28-30 sierpnia 2009
Ponoć życie to sztuka wyboru. Nie inaczej było w przypadku wyboru Festiwalu Tauron Nowa Muzyka, który, niczym syn marnotrawny, powrócił do Katowic. Z tym, że czwarta edycja rzeczonej imprezy muzycznej nie miała w sobie nic marnego.
Czas: ostatni piątek, sobota i niedziela sierpnia bieżącego roku. Miejsce: odpowiednio zaadaptowane tereny byłej KWK Katowice, znajdującej się niemal w samym centrum miasta. Artyści: niezwykle zróżnicowani gatunkowo (szeroko pojęta muzyka eksperymentalna, nie tylko o elektronicznej proweniencji); zarówno błyskotliwi debiutanci (Speech Debelle, Hudson Mohawke, Onra) jak i wykonawcy o mocno ugruntowanej pozycji (múm, Roots Manuva); wykonawcy z kraju (Pogodno, O.S.T.R., Jacaszek) i ze świata. Publika: barwne cztery tysiące miłośników dobrej muzyki i dobrze pojętej zabawy.
Postindustrialny plener kopalni potraktowano kolorowymi reflektorami i... piaskiem, kojarzącym się jednoznacznie z plażą. Dwie zadaszone sceny rozlokowano na dwóch biegunach festiwalowego terenu, które łączył mały bufor trzeciej, najmniejszej sceny (czy raczej soundsystemu). Prócz oczywistych rozwiązań logistycznych nie zabrakło również ogródków piwnych, stanowiących towarzyskie przyczółki i miejsca na krótki odpoczynek między występami poszczególnych wykonawców.
„Rozkład jazdy” został zaplanowany dość bezkolizyjnie, jeżeli ktoś miał taką wolę to mógł ogarnąć znakomitą większość granej muzyki. Istotne również było zadbanie o odpowiednią chronologię występujących artystów, tak by nie zostawić na koniec dnia kogoś grającego pastelowe downtempo, wręcz przeciwnie – muzycy zamykający dany dzień mieli wykrzesać resztki sił z nieco zeznojonych festiwalowiczów. Co też czynili.
Relacjonując post factum – trochę ubolewam nad mniej lub bardziej świadomymi pominięciami (np. postrockowy Pivot z Australii, angielski DJ King Cannibal). Jednak czy w pełni można żałować czasu spędzonego w niedalekim ogródku, wśród znajomych starych i nowych?
Pierwszy „facet z laptopem” festiwalu na scenie, czyli iTAL tEK tworzący swoją wersję dubstepu, pofolgował fanom tegoż podgatunku, resztę przygotowując na dalsze, główne atrakcje piątku. Następną w kolejce tego dnia była Speech Debelle, nowe objawienie brytyjskiego hip-hopu i niedawna laureatka prestiżowej na Wyspach nagrody Mercury za swój debiutancki album, Speech Therapy. Wspierana przez zespół i drugiego MC Speech została dobrze przyjęta przez festiwalową publiczność, mimo że jej występ był co najwyżej poprawny. Być może wynikało to z braku doświadczenia debiutantki na tego typu koncertach, a być może było powodowane kondycją fizyczną - panna Debelle nie omieszkała nie wspomnieć ze sceny o swoim tęgim kacu. (Ech ci zagraniczni goście porywający się na miejscowe zwyczaje). Inni sugerowali też nieadekwatną dla jej muzyki scenerię.
Wyczekiwaną a niekwestionowaną gwiazdą wieczoru była dwójka Anglików następująca po Speech Debelle, a mianowicie Scroobius Pip i Dan le Sac. Chłopaki robią coś co z jednej strony można zaliczyć do tzw. świadomego hip-hopu (inteligentne teksty Scroobiusa poruszające niebanalne tematy), a co z drugiej strony podpada pod electro clash do puszczania na balandze (eklektyczne, miejscami skoczne aranże Dana Brodaty kaznodzieja o ironii ciętej jak brzytwa świetnie się sprawdził w roli showmana, zręcznie operując rekwizytami i nakręcając wszystkich do radosnego pląsu. Prócz zaprezentowania materiału z rewelacyjnego krążka Angles z poprzedniego roku, duet uraczył również próbką nowego albumu, singlem o roboczej nazwie The Beat. Bardzo dobry set, i niewątpliwie jeden z najmocniejszych punktów Festiwalu.
Piątkowe „koty za płoty” zostały zwieńczone występem Ebony Bones. Jedna z największych niespodzianek okazała się też chyba najlepszym show w ciągu muzycznego triduum. Żywiołowa choreografia, niesamowite kostiumy i energetyczna muzyka (określana przez samą Ebony jako tropikalny post-punk) nie pozostawiły nikogo obojętnym, porywając do spontanicznego tańca. Szalona Ebony i jej barwne ptaki tak bardzo się spodobali, że zaserwowali bis (brawurowy cover Another Brick in the Wall Pinków), jeden z dosłownie kilku podczas całego Festiwalu. Wniosek? Czasem nie warto się sugerować studyjnym albumem, który w przypadku EB zdał się mało frapujący i płaski.
Kolejny dzień przyniósł ze sobą załamanie się aury, co w pełni usprawiedliwiło namiotową postać scen, a dziewczętom pozwoliło wyskoczyć w kaloszach – obuwiu wielce festiwalowym a modnym. Poza tym zaczęła działać trzecia scena, soundsystem Red Bull'a, traktowany przez festiwalową dziatwę nieco po macoszemu (również podczas niedzieli. Novika śpiewająca do pustego placyku, przecinanego przez ludzi zmierzających z punktu A do B – był to widok cokolwiek smutny).
Sobotni zestaw podobnie skupił moją uwagę koło godziny 21:00 (kosztem występów Oszibarack, Minoo, Ch. District), począwszy od awangardowego Planningtorock. Być może nieco za awangardowego. Dość na tym, że gęsta muzyka pani Janine Rostron nie wzbudziła takiego zainteresowania co wizualna oprawa jej występu. Performance stanowi zaplecze artystki co było wyraźnie widoczne (punktowe oświetlenie, futurystyczna garderoba, wreszcie sam sceniczny akt). Nowa muzyka dla naprawdę wąskiego grona odbiorców (podobnie jak The Bug, zignorowany lekką ręką dnia poprzedniego), co można było skonstatować po stosunkowo niedługim czasie.
Pierwsze duże muzyczne zaskoczenie dnia pojawiło się w osobie przejmującego pałeczkę Jona Hopkinsa. Mianowany następcą Briana Eno skromny czarodziej konsoli zaskoczył nawet tych dobrze obeznanych z jego twórczością. Hopkins, najwyraźniej świadom festiwalowego charakteru swojego występu i wszystkiego co się z nim wiąże, szybko przeszedł z pop ambientowych pejzaży w niemal clubbingowe hasanie, raz po raz dając zebranemu tłumowi poważne powody do ubijania piachu. Jeden z tych gigów podczas których nie sposób było ustać w miejscu.
Następujący po nim Tim Exile nie miał zatem łatwego zadania. Aczkolwiek nie bez znaczenia pozostaje eksperymentalny wymiar jego sztuki (połączenie breakcore, drum n bass i IDM), który dla części nie nadawał się do beztroskiego sobotniego „bansu”.
Dla wielu repertuarową kulminacją (o ile nie jedynym powodem przybycia na Nową Muzykę) był koncert solowego projektu Karin Dreijer Andersson (połowa The Knife) o nazwie Fever Ray. Podobnie jak w przypadku islandzkiego múm, zespół ów nie wzbudził w relacjonującym większych emocji, o antycypacji nie wspominając. Niemniej Karin i jej zespół, okutani w (dosłownie) bajkowe stroje, niewątpliwie przykuli uwagę publiczności scenografią i pokazem laserów. Minimalistyczne rozwiązania dały interesujący efekt i odpowiednią atmosferę dopełniającą nieco mroczną muzykę Szwedki.
Gorączkę sobotniej nocy przywróciła kolejna lśniąca gwiazda z wytwórni Warp, kalifornijski DJ i producent Flying Lotus. FlyLo sięgnął po utwory zarówno z nowego, niezwykle heterogenicznego LP Los Angeles, jak i z 1983 oraz licznych w swojej dyskografii EP-ek.
Lekki niedosyt jaki po swoim występie pozostawił Lotus, został wypełnioniony przez młodszego kolegę z labelu, niezwykle utalentowanego Hudsona Mohawke (wspieranego pod koniec przez niejaką Mamiko Motto). Szkocki DJ, odważnie i z polotem poczynający sobie z gatunkowymi konwencjami, stał się miłą niespodzianką na koniec drugiego dnia Festiwalu, według licznych opinii przyćmiewając egotycznego poprzednika. W taki to sposób pozbyto niedobitków absolutnie ostatnich kilodżuli.
Niedziela stała się dniem żałoby i pomstowania do nieba nad oceanem, kiedy to odgórnie potwierdzono krążące po portalach społecznościowych pogłoski o odwołaniu występu Dan Deacon Ensemble. Zwariowanemu Amerykaninowi ponoć w ostatnim momencie rozsypał się zespół, sam Dziekan nie dał się namówić organizatorom na solowy gig. Wielka szkoda, bo miało się dziać.
Dla wielu ta niewesoła nowina oznaczała koniec Festiwalu, i to dosłowny – część fanów postanowiła w całości sobie darować niedzielny repertuar obracając się na pięcie.
Dzień otworzyło Pogodno, zespół którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Pogodno są trochę jak Stonesi, przez te wszystkie lata niespecjalnie się siląc na zmianę stylu. Można ich za to lubić lub i nie. Nie da się jednak ukryć, że zostali fenomenalnie przyjęci, czym rockowy kwartet się odpłacił przeciągając nieco swój set (co w następstwie spowodowało rosnący efekt domina).
Umknął gdzieś bokiem Kamp!, rodzimy Jacaszek zdał się niekompatybilny z nastrojem – zatem nastąpił samowolny skok na skróty.
Onra to francuski DJ wietnamskiego pochodzenia, furora jaką wzbudził zaskoczyła nawet samego muzyka. Autor zapadającego w pamięć albumu „Chinoiseries” pokazał wszystkim jak się robi instrumentalny, energocenny hip-hop najwyższej próby. Tańczący ludzie tańczącymi ludźmi, mało który wykonawca zebrał tak gromkie brawa jak Onra właśnie.
Po powierzchownym poobcowaniu z múm uwagę przykuł O.S.T.R., ponoć wybijający się na tle dość miałkiego polskiego hip-hopu. I wszystko szło całkiem zgrabnie, dopóki rzeczony raper nie zaczął swojej mocno chybionej tyrady ze sceny. Wątpliwy przekaz (i mocno nie na miejscu) wystarczył by znacząco wymienić spojrzenia z pobliskimi znajomymi i bez słowa wycofać się na tyły.
Finał Nowej Muzyki przypadł w udziale żywej legendzie z Wielkiej Brytanii. Roots Manuva, bo o nim mowa, przez kilkanaście lat artystycznej działalności zdążył nagrać sześć albumów, w tym wiele hitów. Nie bez przesady zwany głosem miejskiej Brytanii Manuva zaprezentował przegląd swoich najbardziej rozpoznawalnych utworów. Taneczny potencjał jego muzyki (fuzja na którą składają się hip-hop, grime, dance hall, ragga, dub i electronica) świetnie się sprawdził w festiwalowych warunkach, choć częściowo spalając energię zmagazynowaną na koncert nieodżałowanego Dan Deacon Ensemble.
Paru malkontentów zarzucało Manuvie, że nieszczelnie zatkał lukę po Deaconie schodząc ze sceny po pięćdziesięciu minutach i bez bisu. Cóż, ciężko wszystkich uszczęśliwić.
Podsumowując: tegoroczny Festiwal Tauron Nowa Muzyka przez trzy dni stanowił muzyczną oazę w samym sercu Górnego. Śledząc telebim jak i relacje w prasie można wyciągnąć wniosek, że przednio bawili się nie tylko ludzie, ale i sami wykonawcy, cieszący się ze świetnego przyjęcia przez żywo reagującą publiczność jak i z doborowego towarzystwa innych muzyków. Festiwalowicze zdali się stanowić dość zwartą grupę ludzi, jak ktoś zauważył brakowało przypadkowych osób. Frekwencja w dalszym ciągu decyduje o niszowym, niemalże kameralnym charakterze całego Festiwalu. Miejsce sprawdziło się i przez swoją dogodną lokalizację, i odpowiedni poprzemysłowy charakter. Pewne organizacyjne pomysły tylko pozornie zdały się chybione, uzasadniając swoją bytność w trakcie trwania Festiwalu (np. ograniczenie polegające na niewynoszeniu piwa poza obręb ogródka. Prócz uniknięcia nieporządku i przypadkowego oblewania się pod sceną pozwoliło to w danej chwili albo się raczyć chmielem, albo muzyką). Dodatkowo należy wspomnieć o akcjach towarzyszących, trwających przez trzy dni Nowej Muzyki: warsztacie fotograficznym i tzw. turystyce alternatywnej (m.in. zwiedzanie działającej huty, turbogolf na hałdach) eksplorującej zwykle niedostępne miejsca na przemysłowej mapie Śląska. Naprawdę, kto gustuje w tego rodzaju muzyce a nie był na FNM ten dupa, nie – oficer.
Od przyszłej edycji Nowej Muzyki naprawdę nie oczekuję niczego więcej. Niech zostanie zachowany poziom obecnej oferty programowej jak i samego przygotowania imprezy, a będę szczęśliwy. I obecny.
|